Ukoronowaniem i niejako podsumowaniem wszystkich konkursowych projekcji była debata "Debiut filmowy w polskiej kinematografii". Moderujący spotkanie Michał Chaciński, dyrektor artystyczny FPFF w Gdyni, zachęcał do swobodnej rozmowy nie tylko tegorocznych debiutantów, ale i producentów oraz przedstawicieli Koła Młodych SFP i Stowarzyszenia "Film 1,2".
Obecność na debacie Tomasza Blachnickiego, reżysera filmu "Bokser" z TVN-owskiego cyklu "Prawdziwe historie", sprowokowała dyskusję na temat debiutu telewizyjnego. Uczestnicy przyznali, że nie jest to wiodąca i najbardziej upragniona forma debiutu pełnometrażowego - chociażby ze względu ograniczania eksperymentów artystycznych, uniemożliwiających szeroki odbiór, ale cechuje ją względna łatwość. Reżyser może być spokojny, bo, jak zauważył Chaciński, "rodzina się wszystkim zajmie".
- Chcę dać szansę debiutantom, niezależnie, czy zostaną potem w stacji, czy nie - przyznał Edward Miszczak, dyrektor programowy stacji TVN.
Paneliści zgodzili się, że do tej pory debiut w telewizji publicznej był trudniejszy, ale możliwość poprawy sytuacji przyniosły zmiany personalne w TVP2. Jej dyrektorem został Jerzy Kapuściński, twórca cyklu "Pokolenie 2000". Zadeklarował na debacie, że chce od przyszłego roku wznowić produkcję filmów fabularnych. Debiutanci będą więc znów szansę wykazać się nie tylko w pełnym metrażu, ale i w programie "30 Minut" Studia Munka wspieranym przez Telewizję - pozostającym, według producenta, najlepszą szkołą filmową przed debiutem kinowym.
- Na pewno nie hamuję dobrych scenariuszy, zwłaszcza, jeśli zjawi się z takowym obiecujący reżyser - podkreślał swoją otwartość na propozycje Dyrektor WFDiF Włodzimierz Niderhaus.
Chaciński pytał zatem reżyserów o legendarne trudności i walkę, którą trzeba stoczyć starając się o debiut. Bartosz Konopka, reżyser "Lęku wysokości", zwrócił uwagę, że w jego przypadku najtrudniejsze do pokonania były "wyboje wewnętrzne", psychiczne przygotowanie się do projektu. W przypadku reżysera, który ma na swoim koncie nominację do Oskara, nikt nie spodziewa się dużych przeszkód. Jednak reszta zgromadzonych na debacie gości również nie skarżyła się na kłody pod nogami. Leszek Dawid, który na festiwalu zaprezentował film "Ki", uważa, że miał szczęście - rozpoczęcie zdjęć odsuwały w czasie problemy ze sfinansowaniem produkcji, ale producent Paweł Rakowski zaryzykował i nie czekał na domknięcie budżetu, a przy tym nie wymuszał na twórcach własnej wizji filmu. Z kolei Adrian Panek wykorzystał sposoby finansowania oferowane przez PISF, czyli priorytet dla filmów historycznych. Na czwartkowym spotkaniu "Szczerość za szczerość" reżyser zdradził, że "Daas" zrealizowano dzięki temu za ponad trzy miliony złotych, podczas, gdy budżety części konkursowych filmów potrafiły zamknąć się w granicach stu tysięcy (np. "W sypialni" Tomasza Wasilewskiego i "Leśne doły" Sławomira Kulikowskiego).
- Teraz więcej osób może usiąść przy stole - podsumował metaforycznie widoczną poprawę finansową w polskiej kinematografii Paweł Ferdek ze Stowarzyszenia "Film 1,2", scenarzysta "Ki".
Michał Chaciński podsumował zasadnicze problemy, na które natykają się reżyserzy w drodze do debiutu pełnometrażowego. Przede wszystkim zwrócił uwagę na kwestię pracy nad scenariuszem.
- Scenarzyści zmuszani są do partyzantki, bo nie są wspierani finansowo w czasie pracy - wtórował mu Paweł Ferdek. Jego zdaniem pociąga to za sobą pobieżność scenariusza i błędy merytoryczne.
Postulowano przywrócenie przez PISF stypendiów scenariuszowych oraz opiekę producenta nad projektem już od momentu powstania treatmentu. Dzięki temu pisarze mogliby skupić się na filmie, a nie na bieżących zleceniach, zapewniających im utrzymanie.
Problematyczna okazała się też współpraca z dystrybutorem. Znalezienie firmy, która zdecydowałaby się na rozpowszechnianie filmu, jest tylko pierwszym krokiem. Nad następnym, tj. akcją promocyjną, realizatorzy filmu często nie mają kontroli. Za przykład posłużył tu plakat "Kreta" Rafaela Lewandowskiego, zniekształcający wyobrażenie o tym tytule. Filmy nie mają równych szans na dotarcie do odbiorców - zaistnienie w zbiorowej świadomości uzależnione jest od rzeczy tak prozaicznej, jak liczba kopii.
- Dystrybutor określa grupę docelową. Ocenia się atrakcyjność filmu w kategoriach komercyjnych. Słowem: ważne jest, czy film może przynieść zyski - przyznał Włodzimierz Niderhaus.
Finał debaty zdominowała dyskusja o tym, jakich filmów poszukują producenci i czego im brakuje u debiutantów.
- Odważnych i zaangażowanych w rzeczywistość - odpowiedział Jerzy Kapuściński. - Dziś brakuje filmów politycznych. Pokolenie wychowane w wolnej Polsce nie dostrzega już pewnych mechanizmów polityczno-społecznych. Posługuje się szarościami, kiedy wciąż istnieją czarno-białe podziały.
Dyrektor TVP2 zarzucał debiutantom zbyt mały krytycyzm - zdolność analizowania teraźniejszości i brak "wściekłych", anarchicznych wypowiedzi. Wtórował mu Dyrektor programowy Festiwalu Janusz Kijowski. Dziwi go stoicyzm i nadmierna metodyczność młodszych reżyserów.
- Debiut to krzyk ,nawet wrzask. Jeśli coś was nie boli, nie stworzycie prawdziwego debiutu. Trzeba zbuntować się przeciw zastanej rzeczywistości. Czterdziestopięcioletni debiutanci muszą nauczyć się przemawiać językiem dwudziestolatków, żeby trafić do młodych - mówił.
Debiutantów w jakiejś mierze usprawiedliwił Chaciński. Rozumie pokolenie, które nie potrzebuje już buntu, żeby się zdefiniować, określić swe stanowisko wobec rzeczywistości. Debatę podsumował stwierdzeniem, że dobry projekt zawsze znajdzie drogę na ekrany, ale nie bez znaczenia pozostaje udział producenta kreatywnego.
Marta Stańczyk
< Powrót